Blog

To nie jest kozetka…

Szukając pracy dopracowujemy nasze CV oraz list motywacyjny do perfekcji. Przecież to nasza wizytówka! Chwalimy się największymi dokonaniami, przekonujemy przyszłego potencjalnego pracodawcę, że to właśnie w nas warto zainwestować. Gdy dostajemy wymarzoną pracę ustalamy zasady naszej współpracy. Każdego dnia realizujemy kontrakt, wyciągamy wnioski z sytuacji, które nas spotykają, konfrontujemy wcześniej wyuczone sposoby postępowania, modele zachowań wyniesione z domu z kulturą organizacyjną, ze stawianymi przed nami wymaganiami. Otwarcie, (lub mniej otwarcie ;)) komunikujemy nasze niezadowolenie, oczekiwania co do podejścia do nas, nasze plany na przyszłość, nasze wartości, to co jest dla nas ważne i chcemy, aby było to honorowane przez naszego pracodawcę. Każdego dnia staramy się ze wszystkich sił, albo zmieniamy pracę, bo nie spełnia naszych oczekiwań.

Nawet jeżeli to zbyt wyidealizowana wizja, to na pewno każdy z nas chciałby, aby właśnie tak układały się jego zawodowe relacje. A niektórzy tak właśnie w swoim życiu zawodowym mają…

A jak to wygląda z relacją osobistą? Etap starania się o drugą stronę wygląda bardzo podobnie. Pokazujemy się z najlepszej strony, chwalimy się swoimi dokonaniami (w tym również tymi zawodowymi ) i staramy się przekonać przyszłą potencjalną partnerkę/partnera, że warto zainwestować w nas czas, swoje marzenia, a nawet całe życie. Zdarza nam się wyartykułować swoje oczekiwania, ustalić zasady „współpracy”. I tu pojawiają się schody…bo zasady dotyczyły tylko kwestii bardzo istotnych, albo bardzo błahych, albo kształtowały się naturalnie, a wcale ich nie akceptujmy. Tylko nikomu do głowy nie przyszło, żeby protestować w pierwszej fazie związku, bo po co się narażać na ewentualne odrzucenie. Przecież to taki drobiazg. Na pewno da się z tym żyć. Na pewno?

A z realizacją ustalonych zasad w ferworze codziennych wyzwań bywa bardzo trudno. „Przecież wściekła się raz, to na pewno nie może jej tak przeszkadzać”, „kiedy się na to umawiałam miałam co innego na myśli”, „ale przecież teraz jest inaczej”. Po co komunikować jej co jest dla mnie ważne, przecież ona i tak nie zrozumie? Jego plany na przyszłość są najważniejsze, moje się nie liczą. A poza tym nasz związek to przecież stare wygodne kapcie. W domu w końcu mogę być sobą, mogę odreagować zawodowe trudności i osobiste frustracje. A już na pewno nie mam ochoty starać się ze wszystkich sił. No bo dobrze jest, jak jest. Albo (i tu jest bardzo podobnie do kwestii zawodowych) znajdę sobie kogoś, kto będzie mnie akceptował takiego, jaką/jakim jestem. Na pewno?

Żyjemy w świecie, w którym łatwiej wyrzucić, niż naprawić. I na pewno część z nas tak właśnie zrobi w swojej relacji. Tym jednak, którzy mają sentyment do tego, co budują w swoim życiu polecam coaching partnerski. Nie, to nie jest psychoterapia dla par . Nie ma kozetek, rozgrzebywania przeszłości…jest chłodna ocena rzeczywistości, wyartykułowanie oczekiwań, ustalenie lub przeredagowanie zasad, stworzenie wspólnej wizji przyszłości i zaplanowanie etapów jej realizacji.

Jest też mnóstwo wspaniałej zabawy we dwoje, odkrywania siebie w zupełnie nowych sytuacjach i z różnych stron. To czas tylko dla Was, w pięknym miejscu, gdzie inni się Wami zaopiekują, abyście mieli czas stworzyć siebie od nowa. Spróbujcie. Na pewno nie będziecie żałować

https://www.facebook.com/events/252777955122182/

Komentarze (0)

Wyślij komentarz

© Copyright 2017 - Instytut Rozwoju Umiejętności Biznesowych